Rozwój osobisty inspirowany filozofią wschodu
 

Dzień z życia praktyka uważności

Świt

Budzę się. Żyję. Jestem wdzięczny. Kilka spokojnych, pełnych oddechów. Uwaga ma moim ciele. Nic mnie nie boli – jestem wdzięczny.

Jestem wdzięczny za tę noc. Każdy oddech, każde uderzenie serca były cudem.

Ten dzień może być moim ostatnim. Życzę, żeby był dobry dla wszystkich, szczególnie dla moich bliskich. Dla siebie chciałbym mądrość, zrozumienie, uważność.

Kilka rozciągnięć, uważnie, jeszcze na leżąco.

Wstaję, z namaszczeniem, uważnie układam posłanie.

Staję na schodach. Jeszcze jedna buddyjska formułka – nie uniknę choroby, starości i śmierci; stracę wszystko i wszystkich, których kocham; moje myśli, czyny i słowa są moją kontynuacją. Nie po to, żeby się tego bać, nie boję się. Po prostu, żeby nie żyć złudzeniami.

Schodzę, nie spieszę się, uważnie.

Witam się z psami, już czekają. Uważnie. Staram się równo obdzielić całą trójkę. Cieszę się, że są. Szaleją. Każdego ranka witają mnie jakbym wracał z długiej podróży.

Wychodzę na dwór przywitać świat. Ponuro. Mój uwarunkowany umysł chce pomyśleć – fatalny dzień. Uśmiecham się do chmur i deszczu. Wspaniały dzień. Cud. Odnajduję na horyzoncie szczegóły, z których mogę się cieszyć. Drzewa na wietrze, kształt chmur. Zimno podpowiada umysł, ale uważnie nie postrzegam tego nawet jako dyskomfortu, po prostu jest jak jest, nawet przyjemnie.

Uważna toaleta, w tym obowiązkowo, myję twarz, zawsze zimną wodą.

Zerkam na niebo, horyzont, uśmiecham się na kolejny dzień. Ubieram się.

Kiedyś prześlizgiwałem się po porannej rutynie, byle szybciej, byle do prawdziwego życia. Dzisiaj wiem, że to jest właśnie życie.

Poranek

Medytacja, zerkam na zegarek, jest wcześnie, a więc godzinka, ustawiam timer w aplikacji Plum Village.

I już. Po medytacji jestem jak odrodzony, umysł świeży, rześki, spokojny, ale wyostrzony.

Szybka prasówka. Około 15 minut. Tylko ustalony kanał RSS, wszystko spoza mainstream, żadnego doom scrolling. Żadnych mediów społecznościowych, usunąłem wszystkie konta dawno temu. Dziennie około 70-80 nagłówków. Staram się wyłapać te z faktami. Odrzucam spekulacje, domysły, prognozy. Co zrobi Trump? Uśmiecham się do siebie, a kto to może wiedzieć… Pomijam te, które ewidentnie mają wzbudzić sensacje. W dzisiejszych czasach przemysł informacyjny to przemysł rozrywkowy, niestety też musi konkurować o uwagę. Sensacja goni sensacje, żadnej treści, nic ważnego. Nie ze mną te numery. Czasami daję się złapać na nagłówek. Ale jest ze mną uwaga, nie daję się wciągnąć w sensacyjną treść, w spekulacje.

Fakty. Reportaże. Interesują mnie konflikty i ich złożone podłoże – aktualnie Gaza, Sudan, Syria, Wenezuela, Ukraina, Pakistan. Zwykle niestety strach i zachłanność. Klimat, AI, technologie, aktywiści. Wybieram zwykle maks 5-6 do przeczytania/odsłuchania. Czasami nie doczytam, bo nie interesuje mnie rozrywka i spekulacje.

Jeszcze mail. Kilka listów zwykle. Wspominam czasy korpo – po kilkadziesiąt na dzień.

Posiłek

Posiłek. Zdrowy. Nic przetworzonego. Wegetariański. Od czasu do czasu nabiał. Pieczywo najlepsze pełnoziarniste. Obowiązkowo jakieś strączkowe. Dzisiaj zielona soczewica. Różnorodność kolorów i dużo różnych przypraw. Każdy produkt wącham, uważnie, z namaszczeniem. Powoli przygotowuję posiłek. Nie spieszę się. Mam dużo czasu. I znowu kontrast z korpo – wszystko w pośpiechu.

Herbata. Liściasta. Masala chai, z przyprawami, moja ulubiona. Wciągam zapach.

Posiłek gotowy. Kontempluje mój posiłek. Ile pokarmów, ile przypraw, różnorodność smaków i zapachów. Ile ludzi pracowało, żeby trafił na mój stół. Ziemia, deszcz, słońce i ludzie. Jestem wdzięczny. Często mam na stole coś podarowanego – od rodziców, sąsiada. Myślę wtedy o nich. Jestem wdzięczny. Wszystkim ludziom, którzy produkują żywność życzę satysfakcji z pracy i godnego wynagrodzenia. Nie wiem kto i gdzie zbierał tę herbatę, w dzisiejszych czasach nigdy nic nie wiadomo. Jestem wdzięczny nawet tej anonimowej osobie.

Jeszcze chwila uwagi. Co się ze mną dzieje. Jak to jest być głodnym?

Jem. Staram się powoli i uważnie. To trudne. Szczególnie jak odczuwałem głód. Instynkt jest silny. Gubię uważność, ale od czasu orientuję się i zwalniam. Powoli i dokładnie przeżuwam. Kiedyś rzucałem się na jedzenie. To już minęło, ale jest jeszcze miejsce na postęp. Dzięki uważności otworzyłem się na nowe smaki. Zupełnie nie brakuje mi mięsa. Gorzka czekolada 90% rozpływa się w ustach, a kiedyś nie lubiłem.

Dzień

W ciągu dnia, w pracy, w relacjach z innymi ludźmi, ciężej o uważność. Umysł rozlatany, sporo bodźców, ludzie różni.

Ale ćwiczenia umysłu nie poszły na próżno, w krytycznych momentach uważność przychodzi spontanicznie. Na przykład nagłe wzburzenie bo ktoś mnie skrytykował. Ale to jest tylko jak iskra, zaraz przychodzi świadomość i uśmiecham się do siebie, to nic. Czasem łapię się, że w rozmowie zaczynam mówić o kimś i stawiam go w nie-najlepszym świetle, automatycznie, nie chciałem źle. Nasze umysły lubią czuć się dobrze, więc lubią widzieć u innych jakieś niedociągnięcia. Przychodzi uważność, korekta kursu, nikogo nie chcę stawiać w złym świetle. Albo łapię się na tym, że coś tłumaczę komuś, jakąś buddyjską mądrość i przez mój umysł przechodzi uczucie dumy, czy wyższości. Błąd, korekta kursu, nie jesteś lepszy, ani gorszy od nikogo.

Staram się być życzliwy dla wszystkich. Też trudno. Moje wyuczone odruchy nie są zbyt miłe. Czasami ciężko utrzymać uważność, ale nigdy się nie krytykuję. Przede wszystkim bądź życzliwy dla siebie.

Kiedy wiem wcześniej, że jakieś spotkanie może być trudne to ustanawiam wcześniej intencje – cokolwiek się stanie będę życzliwy. To pomaga.

W ciągu dnia, dostrzegam dużo bezinteresownej życzliwości od innych. Wszelakiej, widzę ją, jestem wdzięczny. Kiedyś przechodziłem nad tym do porządku dziennego.

Często coś idzie nie po mojej myśli. Dzisiaj się zorientowałem, że przegapiłem Wakacje ZUS na ten rok. Termin wniosku minął. Półtora kafla w plecy. Uśmiecham się. Zapisuje w kajecie, żeby w następnym roku pamiętać. Nie daję się ponieść, chociaż mój umysł automatycznie chce ze mnie zrobić ofiarę i frajera. Uśmiecham się. Znam te numery. Pozostaję niezmącony.

Popołudnie

Drugi posiłek. Zwykle skromniejszy. Czasami, szczególnie po pracy w większym pośpiechu. Czasami w barze. Jeszcze trudniej z uważnością, ale staram się. Kontemplacja krótsza, albo w ogóle.

Zwykle to już ostatni posiłek. Poszczę przynajmniej następne 16 godzin. To fascynujące jakie to łatwe kiedy uda się zachować uważność. Nie ma głodu, ale często jest ochota na jedzenie. Od czasu do czasu poszczę spontanicznie 24-48 godzin. Jedyne co trzeba pokonać to swój umysł, dla ciała to żaden problem.

Jeżeli jest czas to jeszcze jakieś prace przy domu. Np. łupanie drewna. Uwielbiam. Uważnie. Kiedy przelatują żurawie lub słyszę ich klangor. Pauza. Kilka uważnych oddechów. Uśmiecham się do nich. Są wolne. Bez bagażu. Bez dóbr materialnych.

Lub spacer z psami, najlepiej długi, uważny. Od kwietnia do września kąpiel w rzece. Rześko. Doskonale. Czuję jak moja krew krąży.

Chętnie pomogę sąsiadom, szczególnie starym, czy schorowanym. Odwiedzę. Drobne gesty życzliwości mogą nadać sens życiu.

Lektura. Z biblioteki zwykle. Czasami film, ale tylko dobry. Niesamowite ile chłamu produkuje obecnie przemysł rozrywkowy. Ludzie mówią, że nie mają czasu na medytacje, a potrafią spędzić kilka godzin w necie lub przed serialem. Rozumiem, że to otępia umysł, dlatego najczęściej wybieram książkę lub wykład – to naprawdę dobrodziejstwo internetu. Możesz wysłuchać wykładu z MIT, Stanford, Cambridge, etc. Zainteresowania szerokie – neurobiologia, psychologia, historia, historia życia, ewolucja, biologia, genetyka, itd.

Jeszcze może telefon do bliskich. Wiele radości mi zawsze sprawia.

Medytacja lub sesja QiGong. To drugie zwykle jak pracowałem ciężko fizycznie. Doskonale relaksuje ciało i umysł. Około 30 minut, chyba, że rano było krócej to wieczorem dłużej. Umysł wręcz się tego domaga.

Zmywanie naczyń. Kiedyś nie lubiłem, powtarzalne, nudne. Dzisiaj lubię, powoli z namaszczeniem. Dlaczego kiedyś dyskryminowałem takie proste czynności? Przygotowanie slajdów w PowerPoincie to było coś ważnego, zmywanie naczyń, nie dla mnie. A zmywanie naczyń jest super. Samo życie. Nigdzie nie dążę, nigdzie nie gonię, bez terminu, bez szefa. Żyję.

Wieczór

Wieczorna toaleta. Może jeszcze uważny spacer. Rzut oka na księżyc. Uśmiecham się. To był dobry dzień.

Mówię dobranoc do każdego z psów. Po kolei. Wieczorem bez szaleństw. Leżą i czekają na swoją kolej. Dobranoc przyjacielu.

Uważnie po schodach. Na górze – tylko śpię. Higiena snu. To działa, zwykle zasypiam łatwo.

Jeszcze pauza. Formuła. Zachoruję, zestarzeję się, umrę, być może nawet tej nocy, stracę wszystko i wszystkich, moje czyny, myśli i słowa są moją kontynuacją.

Leżę. Krótka kontemplacja – co dobrego otrzymałem i co dobrego dałem tego dnia. Uśmiecham się. Nie ma dnia, żeby nic nie było. To był dobry dzień.

Uwaga na ciało. Czasami kontempluję śmierć. Przecież mogę się nie obudzić. Nie po to, żeby się bać. Po to, żeby żyć inaczej, lepiej.

Zasypiam w spokoju.